Wyznania rodzica i prawie matki-frustratki

sobota, 20 stycznia 2018

wychowywanie dziecka, hobby, rodzicielstwo, macierzyństwo, tacierzyństwo, realizowanie się, motherhood, parenthood, childhood

Dzisiaj miał się pojawić inny post, ale ilekroć siadałam do pisania, słowa ciężko składały się w zdania, a ja co chwilę byłam odrywana od kreatywnego tworzenia przez skaczące mi przy nogawce dziecko. Staram się. Organizuję czas i motywuję się najlepiej, jak umiem. Mimo że nie pracuję, to chcę się realizować na innych polach, bo przecież bycie rodzicem nie oznacza, że mamy rzucić wszystko i zajmować się tylko dzieckiem. Jednak często codzienność mamy, być może też jakiegoś taty, zamiata nasze potrzeby pod dywan.

Nie lubisz dzieci? Swoje na pewno polubisz. Zobaczysz, zabawa będzie przednia!


Lubię spędzać czas z moim dzieckiem. Najlepiej jest jak się całkowicie zapomnę, a kolejne wygłupy przechodzą moje najśmielsze wyobrażenia. Łaskotkom, turlaniu i ganianiu się na czworaka nie ma końca, aż sama się zaczynam śmiać ze szczerej radości. Nie jestem jednak niemowlakiem, które dopiero co odkrywa świat i dla którego bliskość rodzica to jedna z głównych potrzeb. Niemowlę jeszcze nie wie, co to znaczy, a dorosły bardzo to docenia - wolność i niezależność. W podejmowaniu decyzji, w decydowaniu o własnym czasie, stawianie swoich spraw na pierwszym miejscu. Oczywiście dla każdego wolny czas i to, czym się wtedy zajmuje, jest sprawą indywidualną, ale na pewno mając do wyboru zabawę z dzieckiem i zajęcie się swoim hobby lub tym, co nas odpręża, wybralibyśmy to drugie. Będąc rodzicem nie masz takiego wyboru. Moje pozaobowiązkowe potrzeby wydają się błahe: czas na ćwiczenia i pisanie bloga plus inne związane z tym kreatywne zajęcia - zdjęcia czy tworzenie grafik. Poza tym robię to, co każdy szary Kowalski w domu zrobić musi - pranie, gotowanie, sprzątanie. Ale bycie mamą uznaję za pełnoetatową pracę i nic mnie tak nie wpienia, jak myślenie, że skoro siedzi się z dzieckiem w domu, ciepłym, przytulnym domku, to ma się również czas na te same przyjemności, co wcześniej.

Cóż - nie.

Dziecko z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej mobilne. Tak bardzo mobilne, że poważnie myślisz o przywiązaniu go do kaloryfera, żeby jednocześnie mogło biegać, ale nie uciekać. Zastanawiasz się, jak bardzo musiałbyś się spłukać, żeby kupić leżaczek-bujaczek, który zainteresowałby twoje dziecko na te 30 minut, by mieć czas na spokojne zrobienie kilku asan bez ryzyka, że a) niechcący kopniesz dziecko, b) dziecko pociągnie cię za włosy, gdy będziesz się schylać i c) mata do ćwiczeń stanie się matą do zabawy. Po 10 minutach rezygnujesz i bawisz się - znowu - z dzieckiem, udając zainteresowanie najbardziej wyjechaną w kosmos zabawką tego świata. Misiem.

Jeśli to jest super-duper-hiper-fajne, to ja nie wiem, jak opisać całe swoje życie. Chyba nadaje się na książkę.


Dzisiaj miał się pojawić inny post. Próbowałam go napisać przez cały dzień, ale córka ciągle sterczała przy mnie, ciągnąc za nogawkę, zwracając na siebie uwagę, by się z nią bawić. Tak było wczoraj. Przedwczoraj. Tydzień temu. Codziennie. Nie masz wyboru, nie powiesz dziecku, zwłaszcza niemowlęciu, że teraz nie masz czasu. Musisz porzucić to, co robisz, by ono było szczęśliwe. Zapomnieć o własnych potrzebach. Właściwie to wybierasz między spełnianiem się a wychowywaniem dziecka. Przestajesz być zależny tylko od Twojego chce mi się, nie chce mi się. Twój czas jest zarządzany przez pory karmienia i spania dziecka, a dodatkowo jego nastrój, bo nigdy nie wiesz, czy gdy się obudzi to czy jest głodne czy może teraz trzeba poprzytulać. Siedzisz z dzieckiem 40 minut, chcesz wyciąć sobie plecy, żeby nie bolały od trzymania 8kg ukochanego berbecia. Liczysz, ze teraz już wyjdziesz z pokoju, w końcu zajmiesz się swoimi sprawami, odkładasz do łóżeczka i... od nowa. W nocy 10 pobudek z niewiadomych przyczyn, ostatecznie bierzesz dziecko do łóżka, a po 5 godzinach budzisz się z obolałym bokiem, bo przecież zmiana pozycji zmiażdżyłaby dziecko. I tak się nie wysypiasz. O 6 rano zastanawiasz się, czy wstać i jednak poćwiczyć w końcu tę jogę, czy jednak już z samego rana zmęczenie jest zbyt duże, by w ogóle ruszać jakąkolwiek kończyną.

Dzisiaj miał się pojawić inny post, ale musiałam wybrać między uspokojeniem mojej wewnętrznej potrzeby pisania i kreatywnego wyżycia się, a ukojeniem niewiadomego pochodzenia stresu u mojego Zgredka (najbardziej pieszczotliwy pseudonim dla dziecka ever). Stresem okazuje się brak możliwości patrzenia z okna, co jest możliwe tylko z perspektywy rodzicielskich rąk. Ręce zajęte, pisania nie ma, obiadu też nie będzie, a w ogóle to ja tu robię arcyważne rzeczy, jak patrzenie z okna! Arcyważne jest też turlanie piłeczki, psucie mamie aranżacji do zdjęcia, uciekanie do łazienki, żeby dotknąć tronu. I to wszystko w nieodłącznym towarzystwie rodzica. Gdy masz już dość, bo od tygodnia nie robiłeś nic normalnego, poza ganianiem się z dzieckiem po mieszkaniu, czytaniu po raz setny w ciągu dnia tej samej książeczki, z minuty na minutę zastanawiasz się coraz mocniej, który moment będzie tym idealnym na wskoczenie do szafy i niewychodzenie z niej przez kilka następnych godzin. By uzyskać tę namiastkę oddechu i decydowania o własnym czasie, które ciągle zabiera ci twoje własne dziecko.

Nie mówię, że to słabe, chcieć się tylko zaszyć w domu i zajmować dziećmi. Dla niektórych to po prostu za mało. Już bardziej podnieca mnie coroczne ubieranie choinki.


Jeszcze na studiach, gdy urodziłam, wkurzałam się, gdy jeden kolega wołał do mnie żartobliwie Matko Polko. Przed oczami obraz nieumalowanej kobiety, z ciężkimi siatami zakupów, obwieszonej pieluchami, stojącej przy garach, uspokajającej wrzeszczące dziecko. Szkoda, że tak się utarło. Gdy myślę mama - gdy myślę rodzic! - nie taki obraz mam przed oczami. Nikt mi nie wmówi, że powinno się wybierać albo wychowywanie dziecka albo realizowanie się w swoim hobby, pracy czy w innej formie. Gdy myślę rodzic - myślę człowiek. Człowiek, który ma swoje potrzeby, zainteresowania, marzenia. Oczywiście, że jestem dumna z posiadania i wychowywania córki. Ale kto powiedział, że na dumie z dziecka trzeba poprzestać i ma to być nasze jedyne zajęcie i osiągnięcie? Bo choć wielkie, to nie dla każdego jest to wystarczające. Nie każdemu wystarczy bycie kreatywnym w zabawie z dzieckiem. Ktoś, kto lubi gotować, nie będzie szczęśliwy, gotując, ale posiłki tylko dla dziecka. Nie przygotujesz się do maratonu, spacerując spokojnie z wózkiem.

Dzisiaj spaceru nie było. Ten post powstaje w czasie, gdy dziecko drzemie w wózku oszukane, że idzie na spacer, zlew się zapełnia, mieszkanie nie sprząta. Bo nie będziesz szczęśliwym rodzicem, poświęcając się wyłącznie domowi i dziecku. Bo dumnym trzeba być także z siebie.

PS. Nie linczuj niczyich ambicji. Każdy rodzic kocha swoje dziecko i zrobi dla niego wszystko. Uśmiech i spokój dziecka jest oczywiście ponad wszystko najważniejszy :)

Zostaw komentarz:

Latest Instagrams

© the busy edit | przyjemniejsza strona życia. Design by FCD.